Medycyna konwencjonalna zawiodła. Prawdziwa przyczyna utraty słuchu ukrywa się w naszych komórkach.
prof. Piotr Maciejewski, uznany autorytet w dziedzinie leczenia niedosłuchu, przerywa milczenie. W szczerym wywiadzie demaskuje mity narosłe wokół aparatów słuchowych i ujawnia, jak dramatyczne wydarzenia z jego życia doprowadziły do przełomu na skalę światową.
"Wyleczyłem tysiące pacjentów, a jednak wobec cierpienia własnej żony byłem bezradny. Zrozumiałem wtedy, że branża, której poświęciłem życie, patrzy w złym kierunku."
prof. Piotr Maciejewski: "Kiedy odblokujemy przepływ tlenu, nerw słuchowy się regeneruje. Aparat tego nie potrafi."
To klasyczne odwracanie uwagi od prawdziwego problemu. Jako specjaliści od leczenia niedosłuchu doskonale wiemy, że przewlekłe piszczenie w uszach oraz bolesne pulsowanie w uchu – określane medycznie jako tinnitus – to w 90% przypadków krzyk komórek, które ulegają uduszeniu. Z wiekiem nasze mikrokrążenie w uchu wewnętrznym drastycznie spada. Nerw słuchowy nie dostaje tlenu ani substancji odżywczych. Niestety, nawet uznane autorytety, takie jak prof. Henryk Skarżyński, muszą działać w ramach procedur, które faworyzują sprzedaż aparatów słuchowych i inwazyjnych operacji, zamiast regenerować komórki u podstaw.
Zacząłem się zastanawiać: skoro operacje to ryzyko, a chemia farmaceutyczna jest nieskuteczna, jaka naturalna alternatywa mogłaby okazać się lepsza od tych wszystkich medycznych procedur i drogich urządzeń?
Panie profesorze, wspominał pan o innej drodze. O naturalnym, biologicznym rozwiązaniu, które eliminuje problem głuchoty u źródła. Jak pan, niezwykle doświadczony człowiek nauki, wpadł na taki trop i dlaczego dopiero teraz o tym mówimy?
Panie Wojciechu... przez 37 lat mojej kariery zawodowej zawsze rygorystycznie oddzielałem życie prywatne od zawodowego. Nigdy nie zwierzałem się pacjentom, a tym bardziej prasie. Jednak to, przez co przeszedłem z miłości do mojej żony, sprawiło, że po prostu muszę przerwać milczenie, by uchronić innych przed bezdusznością przemysłu medycznego.
Był 17 czerwca 2017 roku. Dokładnie 9 lat temu. Choć może to brzmieć nietypowo, pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Moja żona Anna otrzymała diagnozę postępującej utraty słuchu. Ja, człowiek, który w swojej karierze pomógł tysiącom pacjentów, nagle stałem bezradny patrząc, jak osoba, którą kocham najbardziej, traci kontakt ze światem. Kupowałem najdroższe sprzęty, a jej stan tylko się pogarszał. Zadawałem sobie pytanie: dlaczego pomogłem tylu ludziom, a własnej żonie nie potrafię? Zrozumiałem gorzką prawdę: dzisiejszy system dba o zysk, a nie o wyleczenie.
To musiało być dewastujące. Co sprawiło, że zaczął pan szukać rozwiązań poza tradycyjną, europejską medycyną?
Przełom nadszedł dwa lata później, 28 kwietnia 2019 roku. Byłem w Wiedniu na kongresie organizowanym przez tamtejsze Towarzystwo Audiologiczne. Głównym tematem obrad były najnowsze odkrycia z zakresu hipoksji komórkowej – te same, które chwilę później uhonorowano Nagrodą Nobla z medycyny. Byłem przybity sytuacją Anny. Wtedy wpadłem na dr. Kenji Sato, wybitnego badacza z Japonii i mojego dobrego przyjaciela jeszcze z czasów studiów medycznych.
Zaczęliśmy wspominać dawne lata i naszą wspólną pasję do muzyki klasycznej. Kiedy padło nazwisko Beethovena, Kenji zdradził mi coś niesamowitego. Powiedział, że zaraz po studiach rozpoczął badania nad tzw. "Zagadką Beethovena". Chciał udowodnić, że genialny kompozytor nie stracił słuchu z powodu hałasu, ale przez drastyczne niedotlenienie i obumarcie naczyń krwionośnych ucha.
Niestety, z powodu braku funduszy Kenji musiał przerwać badania i wrócić do swojej rodzinnej wioski Ogimi, na wyspie Okinawa. Frustrowało go, że tak przełomowe badanie leży w szufladzie.
Zaraz, czy Ogimi to nie jest ta słynna "Wioska Stulatków", gdzie ludzie cieszą się perfekcyjnym zdrowiem i wyostrzonymi zmysłami do późnej starości?
Otóż to! Zaintrygowany Kenji zaczął zastanawiać się, dlaczego starcy w jego wiosce słyszą szept z drugiego pokoju, podczas gdy reszta świata głuchnie. Zauważył, że odpowiedź kryje się w ich codziennych, kulinarnych nawykach. Mieszkańcy Ogimi każdego ranka przygotowują specyficzny, aromatyczny bulion na bazie rzadkiego korzenia miejscowej odmiany żeń-szenia oraz lokalnych ziół, znany w ich dialekcie jako złoty napar.
I wtedy zrozumieliśmy, co robi ten napar: Wyobraź sobie swój nerw słuchowy jako żywy kwiat. Z wiekiem zatory naczyniowe i cholesterol dosłownie zaciskają mikronaczynia, tak jakbyś ściskał łodygę tego kwiata. Komórki rzęsate duszą się z braku tlenu, a ciągły pisk w Twojej głowie to ich biologiczny krzyk o pomoc. Ten konkretny, złoty ekstrakt botaniczny zawiera unikalne bioflawonoidy, które działają jak naturalny detonator. Odblokowują uścisk na łodydze.
Kenji był bliski opracowania stabilnej formuły medycznej na bazie tej rośliny, ale brakowało mu zaplecza badawczego. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Poleciałem z Kenjim na Okinawę. Przez 6 miesięcy intensywnych badań laboratoryjnych pracowaliśmy nad syntezą tych roślinnych składników w jedną, precyzyjną formułę. W oparciu o ten azjatycki wywar, stworzyliśmy koncentrat, w skład którego weszły m.in.:
- Ekstrakt z Miłorzębu Japońskiego (Ginkgo Biloba): który siłą natury rozbija zatory w mikrokrążeniu ucha.
- Magnez i Witaminy z grupy B: które odbudowują zniszczone osłonki mielinowe.
- Melatonina: by zneutralizować stres oksydacyjny wewnątrz komórek rzęsatych.
Wróciłem do Polski i podałem tę w 100% naturalną formułę Annie. To był ten wielki finał. Po zaledwie kilku tygodniach jej tinnitus całkowicie zniknął, a słuch wrócił do perfekcji. Aparat wyrzuciliśmy do kosza. To właśnie rozwiązanie "Zagadki Beethovena" w praktyce.
Od tamtego czasu, trzymając to z dala od chciwych rąk przemysłu medycznego, polecałem to potężne, naturalne rozwiązanie odblokowujące komórki tylko moim zaufanym pacjentom. Dziś jednak uznałem, że każdy ma prawo żyć bez głuchoty.



Panie profesorze, tysiące naszych czytelników zgłasza się do lekarzy, gdy czują nagłe zatkane ucho lub słyszą uciążliwe dzwonienie w uszach. Najczęściej słyszą, że to po prostu woda w uchu, zalegający korek woskowinowy, a w najgorszym razie zapalenie błędnika. Zleca się im płukanie ucha, a w końcu przepisuje drogie aparaty. Czy to jest właściwa droga?